Dryg, który odkryłam, to chodzenie w wysokie góry, ale nie to jest lekcją.

Wydaje mi się, że wrodzone drygi nie mogą być lekcją, skoro są wrodzone.
Ale już odkrycie drygu!
Odkrycie drygu nadaje się bardzo. Ma ono szansę nastąpić wtedy, kiedy sobie na to pozwolisz. „Pozwalam sobie” – do rzeczywistego poczucia tego stanu doszłam dopiero kilka lat później, a to jest bardzo ważne. Najważniejsze.

Pewnych rzeczy nikt za nas nie zrobi.
Nikt za mnie nie przeczyta książki, nikt za mnie nie pójdzie na trening, nikt za mnie nie zadzwoni albo odbierze telefon, napisze i wyśle lub napisze i skasuje jakąś wiadomość bez wysyłania. Nikt również pewnych rzeczy nie zobaczy. Nie zobaczyłabym śniegu na Kilimandżaro ani wschodu słońca nad nim, gdybym sobie nie pozwoliła („Możesz jechać. Ludzie tak robią. Jedź!”).

I wiem, na boginie, doskonale wiem, jak to jest nie móc sobie pozwolić w najbardziej dosłownym znaczeniu.

Jestem z czasów, kiedy na studia zdawało się egzaminy osobno.
Najpierw matura (wtedy pisemną sprawdzali nasi nauczyciele i z polskiego dostałam od profesora Golca 6, czyli „celujący”), potem składało dokumenty na wybranej uczelni, a potem jechało na egzaminy i – w domu nie było kasy. Nie miałam na bilet, żeby jechać z tymi dokumentami.
Moja mama musiała od kogoś pożyczyć pieniądze, żebym z tą moją szóstką z polskiego nie skończyła z marzeniami o studiach polonistycznych nawet nie na etapie egzaminu, ale jeszcze na przystanku PKS.

Albo i w domu, bo po co iść na przystanek.

Nie myślcie, że nie pamiętałam o tym, kiedy po latach pakowałam bagaże i jechałam do kolejnych wspaniałych miejsc.
Pamiętałam i pamiętam, chociaż już od dawna się nie biczuję. Już tam nie jestem, ale pamiętam.
Być może dzięki temu docenia się drogę, tę w przenośni i tę dosłowną.

Lekcją z Kilimandżaro mogłoby być więc to, żeby przestać się bać, odkładać rzeczy na kiedy indziej i zastanawiać się, czy coś warto robić. Skąd mamy wiedzieć, czy warto coś robić, czy nie warto, jeśli tego nie zrobiliśmy?

Tak. Ale wtedy byłam na to niegotowa.

Moja lekcja z Kilimandżaro była czymś o wiele prostszym, przyziemnym, mogłoby się zdawać.
To miała być moja pierwsza wyższa góra, o wyjazdach na takie góry wiedziałam nic, i choć o wszystko mogłam zapytać Monikę Witkowską (to Monika pomogła mi odkryć dryg), to przecież nie wiedziałam, czego nie wiem.
Jeśli nie wiecie, że czegoś nie wiecie — to wiedzcie, że tak się zdarza.
Na przykład ja nie wiedziałam, czy śpiwór, który kupiłam specjalnie na ten trekking, jest wystarczający; nie wiedziałam, że są śpiwory wystarczające i niewystarczające, i nie wiedziałam, że to ma jakieś znaczenie — a ma kolosalne.

Poradziłam się pana w sklepie. Pan wiedział jeszcze mniej niż ja — widziałam to wyraźnie, ale zignorowałam. Skoro pan w sklepie sprzedaje śpiwory, to pewnie się zna, a skoro ja mu mówię, dokąd jadę, to co może pójść źle?

No więc to, że nigdy w życiu nie marzłam w śpiworze tak, jak wtedy podczas trekkingu na Kilimandżaro.
Pan zarekomendował, ja kupiłam.
Pan nie marzł, ja — równie dobrze mogłabym spać bez tego śpiwora.

To, że zmarzłam wtedy, sprawiło jednak, że nie zmarzłam już nigdy więcej podczas snu —  ani w Himalajach, ani na Alasce, ani na Antarktydzie. Pierwszą rzeczą, którą napisałam po powrocie do Warszawy, był mail do pana Romana Werdona z Robert’s Outdoor: „Panie Romanie, potrzebuję puchowy śpiwór. „.

Teraz śpiworów mam kilka.
Przed wyjazdem czytam, dowiaduję się, sprawdzam, radzę się i zawsze biorę poprawkę.
Wiem, który gdzie z grubsza się sprawdzi i wiem, że jak nie wiem, to biorę cieplejszy, bo muszę być wyspana, nie wyśpię się, kiedy będzie mi zimno. Odrobiłam lekcję.

Lekcja z Kilimandżaro brzmi tak: nikt za ciebie nie zmarznie po to, żebyś nie marzła już więcej.